Szłam sobie spokojnie lasem. Śnieg chrzęszczał mi pod łapkami i spadał z drzew na moje plecy. Podśpiewywałam podskakując. Po chwili moją uwagę przykuł tajemniczy szelest nad moją głową.
Spojrzałam w górę i na moją głowę... spadła śniegowa czapa zepchnięta przez mojego przyjaciela Blowa.
-Omega jeden, alfa zero!!!-zaśmiał się.
-Baardzo śmieszne Blow...-warknęłam sarkastycznie. Rozłożyłam skrzydła i usiadłam obok niego na gałęzi. Przeleciałam gałąź wyżej i strzepnęłam na Blowka kolejną czapę śnieżną. Gdy miałam się roześmiać w oddali rozległo się wycie. Moje oczy przepełniły się przerażeniem. Co się stało?! Wzięłam Blowa za łapy i poleciałam do domu(bowiem on nie posiada skrzydeł). Gdy łapy mojego przyjaciela dotknęły ziemi puściłam go, a sama krążyłam nad białą od śniegu skałą alf.
-Uspokój się. Pewnie nic się takiego nie stało-próbował mnie bezskutecznie uspokoić.
-Nie masz racji Blowek. Wyć można tylko w wypadku zagrożenia. Coś się musiało stać...-wtedy z jaskini wypadła Amanda.
-Musicie uciekać. Oni wrócili!!!